Oj na szczypce krabopająka,
co to było? To jak ten chłopak na mnie patrzył.
Biegiem podeszłam do lustra, to znaczy w moim standardzie biegiem, co z bieganiem wspólnego nic nie miało, i się przejrzałam. Może gdzieś się ubrudziłam, czy coś, dlatego tak mi się przyglądał? Nic podejrzanego nie stwierdziłam, no może z wyjątkiem lekkich zaczerwienień na policzkach, to zapewne od tego suchego powietrza. Wzięłam sporą ilość kremu nawilżającego i wtarłam go w skórę tam gdzie była odsłonięta.
Podeszłam do komody i nalałam sobie sporą szklankę wody z solą. To była konieczność. Syrena bez wody zwyczajnie usycha i umiera. Następnie podniosłam jedną z książek i zaczęłam ją wertować.
Okazało się, że to biologia, a pewien dział traktuje o istotach morskich. No i stwierdziłam, że ten kto to pisał był totalnym głąbem. Całe swoje dotychczasowe życie spędziłam w głębinach oceanicznych, a nigdy nie wpadłabym na takie bzdury. Najgorsze jest to, że będę musiała się tego uczyć.
Moja dłoń powędrowała do szyi w poszukiwaniu wisiorka, którym zwykłam się bawić, kiedy byłam na czymś skupiona. No i ku mojemu zaskoczeniu nie znalazła.
Wstałam pospiesznie potykając się przy tym i tłukąc sobie kolano. Zaklęłam pod nosem. Skaranie boskie z tymi nogami.
Przeszukałam cały pokój i nie znalazłam.
- No nie – jęknęłam.
Wisiorek musiał mi się odpiąć gdy potrąciłam tamtego chłopaka.
Podreptałam więc w tamto miejsce i rozglądałam się uważnie. Zauważyłam jakiś błysk, ale o dziwo nie na chodniku, tylko na drzewie. Zobaczyłam tam wielkie czarne ptaszysko, które w najlepsze dziobało mój medalik.
- Hej, ptaszku. Możesz mi to oddać? – zapytałam.
Ptaki morskie często słuchały co do nich mówiłam. Ten jednak miał mnie gdzieś, bo w odpowiedzi poczęstował moje uszy głośnym „Kraaa” i ani myślał sfrunąć.
- No dobrze, przebrzydłe, pierzaste stworzenie – powiedziałam podwijając rękawy. – Nauczę cię nie zadzierać z panią głębin.
Uniosłam dłonie.
- Liquora assajimi waiss – zanuciłam.
Z pobliskiej fontanny wystrzeliła strużka wody i jak bicz trafiła ptaka. Ten jednak złapał równowagę i odleciał, a mój medalik został na drzewie. Próbowałam go zdjąć za pomocą magii wody, ale nie dałam rady. Tupnęłam gniewnie zła na wszystko wokół. Na wstrętne ptaszysko, na siebie i na to, że muszę tu w ogóle być.
Podeszłam do drzewa i chwyciłam jedną z gałęzi z nadzieją, że uda mi się wdrapać po zgubę. Przeliczyłam się. Jedyne co zyskałam to otarcia na dłoniach.
<Pomocy? >
Biegiem podeszłam do lustra, to znaczy w moim standardzie biegiem, co z bieganiem wspólnego nic nie miało, i się przejrzałam. Może gdzieś się ubrudziłam, czy coś, dlatego tak mi się przyglądał? Nic podejrzanego nie stwierdziłam, no może z wyjątkiem lekkich zaczerwienień na policzkach, to zapewne od tego suchego powietrza. Wzięłam sporą ilość kremu nawilżającego i wtarłam go w skórę tam gdzie była odsłonięta.
Podeszłam do komody i nalałam sobie sporą szklankę wody z solą. To była konieczność. Syrena bez wody zwyczajnie usycha i umiera. Następnie podniosłam jedną z książek i zaczęłam ją wertować.
Okazało się, że to biologia, a pewien dział traktuje o istotach morskich. No i stwierdziłam, że ten kto to pisał był totalnym głąbem. Całe swoje dotychczasowe życie spędziłam w głębinach oceanicznych, a nigdy nie wpadłabym na takie bzdury. Najgorsze jest to, że będę musiała się tego uczyć.
Moja dłoń powędrowała do szyi w poszukiwaniu wisiorka, którym zwykłam się bawić, kiedy byłam na czymś skupiona. No i ku mojemu zaskoczeniu nie znalazła.
Wstałam pospiesznie potykając się przy tym i tłukąc sobie kolano. Zaklęłam pod nosem. Skaranie boskie z tymi nogami.
Przeszukałam cały pokój i nie znalazłam.
- No nie – jęknęłam.
Wisiorek musiał mi się odpiąć gdy potrąciłam tamtego chłopaka.
Podreptałam więc w tamto miejsce i rozglądałam się uważnie. Zauważyłam jakiś błysk, ale o dziwo nie na chodniku, tylko na drzewie. Zobaczyłam tam wielkie czarne ptaszysko, które w najlepsze dziobało mój medalik.
- Hej, ptaszku. Możesz mi to oddać? – zapytałam.
Ptaki morskie często słuchały co do nich mówiłam. Ten jednak miał mnie gdzieś, bo w odpowiedzi poczęstował moje uszy głośnym „Kraaa” i ani myślał sfrunąć.
- No dobrze, przebrzydłe, pierzaste stworzenie – powiedziałam podwijając rękawy. – Nauczę cię nie zadzierać z panią głębin.
Uniosłam dłonie.
- Liquora assajimi waiss – zanuciłam.
Z pobliskiej fontanny wystrzeliła strużka wody i jak bicz trafiła ptaka. Ten jednak złapał równowagę i odleciał, a mój medalik został na drzewie. Próbowałam go zdjąć za pomocą magii wody, ale nie dałam rady. Tupnęłam gniewnie zła na wszystko wokół. Na wstrętne ptaszysko, na siebie i na to, że muszę tu w ogóle być.
Podeszłam do drzewa i chwyciłam jedną z gałęzi z nadzieją, że uda mi się wdrapać po zgubę. Przeliczyłam się. Jedyne co zyskałam to otarcia na dłoniach.
<Pomocy? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz