Z głośnym piskiem radości rzuciłam się na chłopaka
wywracając go przy tym. Objęłam go mocno i pocałowałam.
- Pamiętasz mnie! Pamiętasz! – krzyczałam uradowana.
Miałam ochotę skakać z radości, co tam skakać, dajcie mi skrzydła, to polecę księżych obcałować! Chociaż nie, wolałam skupić się na chłopaku, który leżał teraz pode mną.
Kagetora syknął, chyba dotknęłam jednego z bolących miejsc.
- Przepraszam, przepraszam! – pisnęłam i odsunęłam się.
- Nie, to nic. Zostań – powiedział i przyciągnął mnie do siebie.
Musieliśmy wybitnie dziwnie wyglądać. Kagerota potłuczony, ja zapłakana, oboje brudni i tulący się na wilgotnej trawie. Ale miałam to gdzieś. Ważne, że chłopak, którego kochałam był tu, przy mnie i pamiętał mnie, mimo mojego śpiewu i rozkazu.
- Nic ci nie jest? – zapytał chłopak spoglądając mi w oczy.
- Mi? Nic. Ale ty powinieneś iść do jakiegoś lekarza. Strasznie cię zbili i to przeze mnie – ostatnie słowa wyszeptałam.
- Nie mów tak. To nie twoja wina. Ci kolesie sami prosili się o lanie. Nigdy nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził, nigdy – wymruczał i pocałował mnie.
Po chwili wstaliśmy. Zabrałam Kagetorę do gabinetu lekarskiego. Kiedy lekarz go zobaczył przewrócił oczami i sapnął dziwnie. Nie zadawał jednak zbyt wielu pyta z wyjątkiem rutynowych „gdzie boli?” czy „możesz ruszać?”. Chyba był przyzwyczajony do tego, że niektórzy z uczących się tu pojawiają się czasami z dziwnymi obrażeniami.
Po kilku badaniach, kilku dziwnych miksturach i kilku rolkach bandaży, oraz usztywnieniu kości piszczelowej, która ponoć była pęknięta, Kagetora mógł wrócić do pokoju.
Uparłam się, że mu pomogę dojść do celu. Początkowo upierał się, że da sobie radę sam, ale z moim uporem niestety wygrać nie mógł.
Pomogłam mu usiąść na kanapie i usiadłam obok niego. Odetchnęłam z ulgą, że jednak nic poważnego mu się nie stało, że jesteśmy tu razem.
- No to teraz masz mnie na głowie dopóki nie wyzdrowiejesz – zaszczebiotałam i przejrzałam kartkę, którą dał nam lekarz.
<Kagetora?>
- Pamiętasz mnie! Pamiętasz! – krzyczałam uradowana.
Miałam ochotę skakać z radości, co tam skakać, dajcie mi skrzydła, to polecę księżych obcałować! Chociaż nie, wolałam skupić się na chłopaku, który leżał teraz pode mną.
Kagetora syknął, chyba dotknęłam jednego z bolących miejsc.
- Przepraszam, przepraszam! – pisnęłam i odsunęłam się.
- Nie, to nic. Zostań – powiedział i przyciągnął mnie do siebie.
Musieliśmy wybitnie dziwnie wyglądać. Kagerota potłuczony, ja zapłakana, oboje brudni i tulący się na wilgotnej trawie. Ale miałam to gdzieś. Ważne, że chłopak, którego kochałam był tu, przy mnie i pamiętał mnie, mimo mojego śpiewu i rozkazu.
- Nic ci nie jest? – zapytał chłopak spoglądając mi w oczy.
- Mi? Nic. Ale ty powinieneś iść do jakiegoś lekarza. Strasznie cię zbili i to przeze mnie – ostatnie słowa wyszeptałam.
- Nie mów tak. To nie twoja wina. Ci kolesie sami prosili się o lanie. Nigdy nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził, nigdy – wymruczał i pocałował mnie.
Po chwili wstaliśmy. Zabrałam Kagetorę do gabinetu lekarskiego. Kiedy lekarz go zobaczył przewrócił oczami i sapnął dziwnie. Nie zadawał jednak zbyt wielu pyta z wyjątkiem rutynowych „gdzie boli?” czy „możesz ruszać?”. Chyba był przyzwyczajony do tego, że niektórzy z uczących się tu pojawiają się czasami z dziwnymi obrażeniami.
Po kilku badaniach, kilku dziwnych miksturach i kilku rolkach bandaży, oraz usztywnieniu kości piszczelowej, która ponoć była pęknięta, Kagetora mógł wrócić do pokoju.
Uparłam się, że mu pomogę dojść do celu. Początkowo upierał się, że da sobie radę sam, ale z moim uporem niestety wygrać nie mógł.
Pomogłam mu usiąść na kanapie i usiadłam obok niego. Odetchnęłam z ulgą, że jednak nic poważnego mu się nie stało, że jesteśmy tu razem.
- No to teraz masz mnie na głowie dopóki nie wyzdrowiejesz – zaszczebiotałam i przejrzałam kartkę, którą dał nam lekarz.
<Kagetora?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz