Kagetora podbiegł do mnie. Oddech miał przyspieszony,
policzki wciąż zarumienione.
- W czym jesteś dobra? Albo raczej czym jesteś... bo wiesz... każdy jest tu inny... – zaczął.
Nie odpowiedziałam tylko położyłam mu dłoń na czole, później na policzku. Chłopak chyba był tym zaskoczony, ale nie protestował.
Tak jak podejrzewałam skóra chłopaka była rozgrzana. Zaniepokoiło mnie to. Nie znałam się co prawda no istotach z powierzchni, ale przegrzanie nikomu na zdrowie wyjść nie mogło.
- Chodź – powiedziałam i nie czekając na odpowiedź pociągnęłam go za sobą.
Szedł za mną posłusznie, intensywnie mi się przyglądając.
Kiedy doszliśmy do mojego pokoju zawahał się, ale ja, jak zwykle gdy coś sobie postanowiłam, nie dałam mu dojść do słowa. Mama mówiła, że zaczynam wtedy żyć we własnym świecie. Może i miała rację.
Posądziłam chłopaka na kanapie, a sama podeszłam do niewielkiej lodówki. Wzięłam sok pomarańczowy i nalałam dwie szklanki. Jedną podałam chłopakowi.
- Pij. To nie dobrze, jak się ktoś przegrzeje – powiedziałam.
- Em... to nie do końca tak – powiedział, ale wziął szklankę.
Chyba jednak był spragniony, bo wypił niemal duszkiem.
- Lepiej ci trochę? – zapytałam.
- Tak, dziękuję.
Uśmiechnęłam się do niego zadowolona.
Dopiero teraz przyjrzałam mu się dokładniej. Muszę przyznać, że był przystojny. W jego twarzy było coś chłopięcego, co dodawało mu uroku. Przez to miałam ochotę mocno go przytulić. Ale z drugiej strony w jego oczach była jakaś wiedza i tajemnica. Ciało było widocznie silne, a ruchy pewne. Miał w sobie grację, której mu zazdrościłam, bo ja na lądzie byłam zwyczajną łamagą. Powiedzmy szczerz, inaczej nazwać nie można kogoś, kto co chwilę się potykał.
Zamrugałam. No tak, Kagetora o coś pytał.
- O co to pytałeś? A tak, o to czym jestem. No więc jestem muzą.
- Czym? – zapytał.
- Muzą. Tak nazywa się syreny śpiewaczki. Bo widzisz syrena może urodzić się muzą lub sztormem. Te pierwsze swoją moc mają w głosie, te drugie władają biegle żywiołem wody.
- Jesteś syreną? Taką jak te mityczne, które wabiły żeglarzy?
- O wypraszam sobie – powiedziałam stanowczo. – Nie jestem taką jędzą, żeby kogoś zniewolić. Tylko raz zahipnotyzowałam innych głosem, ale to było w obronie koniecznej. Nie lubię zmieniać innych w bezmyślne zombie, ale tamci sobie na to zasłużyli. Przeklęte demony chciały zrobić krzywdę mojej starszej siostrze Tajli.
Poczułam wściekłość na samo wspomnienie. To, że te kreatury położyły łapska na niej...
- Uwolniłam ich z zaklęcia dopiero gdy ciśnienie głębin zaczęło ich miażdżyć. Wstrętne stwory. Miały takie przerażone twarze.
Sok w mojej szklance zaczął wirować.
Pokręciłam gwałtownie głową.
- Znowu się zamyśliłam. Nie chciałam cię wystraszyć – powiedziałam zniżając wzrok.
To niezbyt dobrze przyznać się, że się kogoś zniewoliło i zmiażdżyło, na dodatek podczas pierwszej rozmowy. Jak zwykle za dużo mówię.
- To może teraz ty mi coś o sobie powiesz? – zagadnęłam.
<Kagetora?>
- W czym jesteś dobra? Albo raczej czym jesteś... bo wiesz... każdy jest tu inny... – zaczął.
Nie odpowiedziałam tylko położyłam mu dłoń na czole, później na policzku. Chłopak chyba był tym zaskoczony, ale nie protestował.
Tak jak podejrzewałam skóra chłopaka była rozgrzana. Zaniepokoiło mnie to. Nie znałam się co prawda no istotach z powierzchni, ale przegrzanie nikomu na zdrowie wyjść nie mogło.
- Chodź – powiedziałam i nie czekając na odpowiedź pociągnęłam go za sobą.
Szedł za mną posłusznie, intensywnie mi się przyglądając.
Kiedy doszliśmy do mojego pokoju zawahał się, ale ja, jak zwykle gdy coś sobie postanowiłam, nie dałam mu dojść do słowa. Mama mówiła, że zaczynam wtedy żyć we własnym świecie. Może i miała rację.
Posądziłam chłopaka na kanapie, a sama podeszłam do niewielkiej lodówki. Wzięłam sok pomarańczowy i nalałam dwie szklanki. Jedną podałam chłopakowi.
- Pij. To nie dobrze, jak się ktoś przegrzeje – powiedziałam.
- Em... to nie do końca tak – powiedział, ale wziął szklankę.
Chyba jednak był spragniony, bo wypił niemal duszkiem.
- Lepiej ci trochę? – zapytałam.
- Tak, dziękuję.
Uśmiechnęłam się do niego zadowolona.
Dopiero teraz przyjrzałam mu się dokładniej. Muszę przyznać, że był przystojny. W jego twarzy było coś chłopięcego, co dodawało mu uroku. Przez to miałam ochotę mocno go przytulić. Ale z drugiej strony w jego oczach była jakaś wiedza i tajemnica. Ciało było widocznie silne, a ruchy pewne. Miał w sobie grację, której mu zazdrościłam, bo ja na lądzie byłam zwyczajną łamagą. Powiedzmy szczerz, inaczej nazwać nie można kogoś, kto co chwilę się potykał.
Zamrugałam. No tak, Kagetora o coś pytał.
- O co to pytałeś? A tak, o to czym jestem. No więc jestem muzą.
- Czym? – zapytał.
- Muzą. Tak nazywa się syreny śpiewaczki. Bo widzisz syrena może urodzić się muzą lub sztormem. Te pierwsze swoją moc mają w głosie, te drugie władają biegle żywiołem wody.
- Jesteś syreną? Taką jak te mityczne, które wabiły żeglarzy?
- O wypraszam sobie – powiedziałam stanowczo. – Nie jestem taką jędzą, żeby kogoś zniewolić. Tylko raz zahipnotyzowałam innych głosem, ale to było w obronie koniecznej. Nie lubię zmieniać innych w bezmyślne zombie, ale tamci sobie na to zasłużyli. Przeklęte demony chciały zrobić krzywdę mojej starszej siostrze Tajli.
Poczułam wściekłość na samo wspomnienie. To, że te kreatury położyły łapska na niej...
- Uwolniłam ich z zaklęcia dopiero gdy ciśnienie głębin zaczęło ich miażdżyć. Wstrętne stwory. Miały takie przerażone twarze.
Sok w mojej szklance zaczął wirować.
Pokręciłam gwałtownie głową.
- Znowu się zamyśliłam. Nie chciałam cię wystraszyć – powiedziałam zniżając wzrok.
To niezbyt dobrze przyznać się, że się kogoś zniewoliło i zmiażdżyło, na dodatek podczas pierwszej rozmowy. Jak zwykle za dużo mówię.
- To może teraz ty mi coś o sobie powiesz? – zagadnęłam.
<Kagetora?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz