Siedziałam na dachu
jakiejś budowli, sporej i ładnej, a mimo to nieciekawej, tak samo jak ruchliwe
ulice pode mną i stado rozwrzeszczanych kukiełek nazywanych ludźmi.
Stanęłam na krawędzi i czekała, aż mnie ktoś
zauważy. Trochę to trwało, bo ludzie to istoty ogromnie ograniczone i to co nad
nimi jest w większości niewidzialne, no chyba, że im na łeb zleci. No właśnie,
co do zlatywania komuś na łeb... a z resztą zaraz do tego dojdziemy.
Na dole zebrało się ładne stadko gapiów. Jedni zakrywali usta przerażeni, drudzy byli wyraźnie żądni sensacji i krwi oczywiście.
- Proszę stać spokojnie – usłyszałam za sobą.
Jakiś mężczyzna wszedł a dach i stał kawałek dalej. Zaraz zacznie się gadka psychologa do potencjonalnego samobójcy.
- Zostaw mnie – powiedziałam udając szloch.
- To nie musi się tak skończyć, proszę cofnij się, nie rób nic głupiego – przemawiał łagodnie, delikatnie zbliżył się, a ja zrobiłam pół kroku w stronę przepaści.
- Mówiłam, żebyś się nie zbliżał! – wrzasnęłam.
- Tak, wybacz. Porozmawiajmy, mogę ci pomóc...
Posłałam mu uśmiech i zrobiłam krok do tyłu. Mina gościa była wzruszająca, niemal uwierzyłam, że zależało mu na moim losie. Było już jednak za późno. Leciałam w dół na spotkanie śmierci napawając się krzykami tłumu. Zanim jednak moje ciało rąbnęło w asfalt przeniosłam się do domu.
No dobra, miało być do domu, ale nie było. Rozejrzałam się wokół, widoczek był dość swojski. Przez swojski miałam na myśli łeb wbity na pikę, stado kruków i bajorko lawy opodal. Prawie jak w domu, czyli jestem blisko.
Nie uszłam daleko, a wypadło na mnie stadko dziwnych stworzeń o twarzach, które mogły być dziełem jedynie mieszaniny podpalonej benzyny, którą ktoś gasił z buta. Rozsieczenie potworków na plasterki ni zajęło mi dużo czasu. Niestety monstra krwawiły obficie.
- Świetnie – mruknęłam.
Byłam cała oblepiona juchą.
Coś mignęło mi z prawej. Coś mnie tknęło i zamiast ciąć od razu złapałam owo coś. Moim oczom ukazała się przerażona dziewczyna.
- Nie uczyła cię mama, że takim małym dziewuszkom nie wolno bawić się w takich miejscach? – zapytałam.
<Chitose?>
Na dole zebrało się ładne stadko gapiów. Jedni zakrywali usta przerażeni, drudzy byli wyraźnie żądni sensacji i krwi oczywiście.
- Proszę stać spokojnie – usłyszałam za sobą.
Jakiś mężczyzna wszedł a dach i stał kawałek dalej. Zaraz zacznie się gadka psychologa do potencjonalnego samobójcy.
- Zostaw mnie – powiedziałam udając szloch.
- To nie musi się tak skończyć, proszę cofnij się, nie rób nic głupiego – przemawiał łagodnie, delikatnie zbliżył się, a ja zrobiłam pół kroku w stronę przepaści.
- Mówiłam, żebyś się nie zbliżał! – wrzasnęłam.
- Tak, wybacz. Porozmawiajmy, mogę ci pomóc...
Posłałam mu uśmiech i zrobiłam krok do tyłu. Mina gościa była wzruszająca, niemal uwierzyłam, że zależało mu na moim losie. Było już jednak za późno. Leciałam w dół na spotkanie śmierci napawając się krzykami tłumu. Zanim jednak moje ciało rąbnęło w asfalt przeniosłam się do domu.
No dobra, miało być do domu, ale nie było. Rozejrzałam się wokół, widoczek był dość swojski. Przez swojski miałam na myśli łeb wbity na pikę, stado kruków i bajorko lawy opodal. Prawie jak w domu, czyli jestem blisko.
Nie uszłam daleko, a wypadło na mnie stadko dziwnych stworzeń o twarzach, które mogły być dziełem jedynie mieszaniny podpalonej benzyny, którą ktoś gasił z buta. Rozsieczenie potworków na plasterki ni zajęło mi dużo czasu. Niestety monstra krwawiły obficie.
- Świetnie – mruknęłam.
Byłam cała oblepiona juchą.
Coś mignęło mi z prawej. Coś mnie tknęło i zamiast ciąć od razu złapałam owo coś. Moim oczom ukazała się przerażona dziewczyna.
- Nie uczyła cię mama, że takim małym dziewuszkom nie wolno bawić się w takich miejscach? – zapytałam.
<Chitose?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz